Produkty tygodnia
PODZIEMNE MIASTO
PODZIEMNE MIASTO
39,90 zł 30,00 zł
szt.
Miasto tajemnic
Miasto tajemnic
44,90 zł 42,00 zł
szt.
Newsletter
Podaj swój adres e-mail, jeżeli chcesz otrzymywać informacje o nowościach i promocjach. W każdej chwili możesz cofnąć zgodę.
IMIGRANT NA WYSPACH

Wielka Brytania, a obecnie Irlandia Północna, to przystanek na drodze życiowej Marcina Kowala
i jego żony. Zjednoczone Królestwo okazało się miejscem na tyle zaskakującym i ciekawym,
że młody imigrant postanowił opisać wszystko w swojej debiutanckiej książce, zatytułowanej „Imigrant na Wyspach. Jak odnalazłem się w UK”. Z autorem rozmawia Iwona Demska.

– Pięć lat temu wraz z żoną podjęliście decyzję o wyjeździe z Polski do Wielkiej Brytanii. Z jakich powodów?

– Jak większość współczesnych młodych emigrantów chcieliśmy poprawić naszą sytuację ekonomiczną. Studiowałem politologię, dziennikarstwo i kulturoznawstwo, moja żona filologię polską i logopedię. O ile ona jakoś poradziła sobie ze znalezieniem pracy, ja miałem z tym kłopot. I to ostatecznie przyśpieszyło decyzję o wyjeździe na stałe. Wcześniej, podczas wakacji, byliśmy już na Wyspach i w ciągu miesiąca zarobiliśmy taką sumę pieniędzy, na którą w Polsce musielibyśmy pracować trzy lub cztery miesiące. Byliśmy tym zachwyceni! Drugi raz pojechaliśmy z myślą, że zostaniemy dłużej, jednak dość szybko wróciliśmy. Ale, jak mówi stare powiedzenie: do trzech razy sztuka – zdecydowaliśmy po raz kolejny opuścić kraj.

– Czy te krótkie wyjazdy przekonały Was, że Wielka Brytania jest miejscem do życia na stałe? Pomijam aspekt ekonomiczny, bo on jest oczywisty. Jednak są spore różnice, począwszy od klimatu, mentalności czy kultury, aż po lewostronny ruch drogowy.

– (śmiech) Oczywiście na początku był zachwyt, i myślę, że dotyczy to wszystkich Polaków na Wyspach. Nagle poczuliśmy, że możemy spać spokojnie, już nie zabraknie nam pieniędzy. Możemy pozwolić sobie na kupowanie produktów z wyższej półki. Zresztą z moich obserwacji wynika, że ponad 90 procent rodaków, którzy mieszkają teraz w Wielkiej Brytanii, i tych, których spotkałem, jako główny cel postawiło sobie właśnie poprawę bytu materialnego. Kultura czy nauka języka to dalsze etapy.

– Nie wymuszają tego również okoliczności – są tam miejsca, które nazywane są wręcz małą Polską.

– Z tym bywa różnie. W pierwszym okresie naszej emigracji mieszkaliśmy w Anglii, i to rzeczywiście jest mała Polska. W mieście Bognor Regis, na wybrzeżu, gdzie zaczynaliśmy, na ulicach słychać polski język, są polskie sklepy, restauracje. Wyjeżdżając na przykład z Warszawy, która przecież jest miastem międzynarodowym, nie czuje się wielkiej różnicy.

– Przypomina to trochę Jackowo w Chicago czy nowojorski Green Point. Większość polskich emigrantów, zwłaszcza tych powojennych, nie mówi po angielsku.

– Rzeczywiście, spotkaliśmy na Wyspach Polaków, całkiem liczną grupę, która mieszka tu od wielu lat i zupełnie nie widzi potrzeby uczenia się języka angielskiego. Piszę zresztą o tym w mojej książce.

– Chcąc nie chcąc, sami skazują się na izolację.

– Tak, ponieważ podstawą funkcjonowania w otwartym społeczeństwie jest język. My od razu postawiliśmy na naukę angielskiego. Oczywiście, nie jest to język perfekcyjny, ale dobrze sobie radzimy. Zresztą Wielka Brytania jest bardzo zróżnicowana pod tym względem. W każdej części Wyspy usłyszmy inny akcent czy slang, czasem trudno się w tym odnaleźć.

– Potwierdza to fragment, w którym pisze Pan, że nie rozumieliście nic, znając jednocześnie dobrze angielski.

– Nawet absolwenci filologii angielskiej potrzebują czasami chwili, żeby poradzić sobie z lokalnym akcentem. Niektórym jednak brak znajomości języka angielskiego w ogóle nie przeszkadza. Korzystają z samoobsługowych kas czy stacji paliw. Unikają kontaktu z miejscowymi i woleliby, żeby to Brytyjczycy czy Irlandczycy poduczyli się naszego języka. Takie podejście powoli się zmienia. Obecnie, starając się o pracę, trzeba znać język przynajmniej w stopniu komunikatywnym, ale jeszcze kilka lat temu zapotrzebowanie na pracowników wykonujących podstawowe zajęcia było tak duże, że pracodawcy przymykali oko na brak znajomości języka.

– Waszą brytyjską przygodę rozpoczęliście w angielskim mieście Bognor Regis. Jak wyglądały początki emigracji?

– Pracowaliśmy w ośrodku wypoczynkowym i w mojej ocenie jest to bardzo dobre miejsce na start, w zasadzie dla każdego, kto zdecyduje się rozpocząć życie w obcym kraju. Mieliśmy zapewnioną pracę i miejsce zamieszkania oraz tanie wyżywienie. Na początku oboje pracowaliśmy na zmywaku. Po pewnym czasie przeniosłem się na kuchnię. Miałem też możliwość rozpoczęcia nauki w college’u, pod warunkiem, że będzie to kierunek kulinarny. Ponieważ nie chcieliśmy wiązać naszego życia z Bognor Regis, nie podjąłem tego wyzwania. Gastronomia nie jest moim powołaniem, a decyzja o nauce w szkole pewnie związałaby nam ręce. Chyba wraz z żoną mamy naturę nomadów, lubimy się przemieszczać, poznawać nowe miejsca i ludzi. Kupiliśmy samochód, odwiedziliśmy Liverpool, planowaliśmy pojechać do Szkocji. Wtedy przypomniałem sobie o moim znajomym, który mieszkał w Irlandii Północnej, nawet kiedyś go odwiedziłem. Skontaktowałem się z nim i zapytałem, czy moglibyśmy zatrzymać się u niego na jakiś czas. Zgodził się, i tak właśnie znaleźliśmy się w Irlandii Północnej.

– Można by powiedzieć, że w zupełnie nowym kraju. Irlandia Północna, choć oczywiście jest częścią składową Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej, różni się od pozostałych części Wyspy.

– Tak, i to pod wieloma względami. Począwszy chociażby od burzliwej i krwawej historii. Zupełnie inna jest też mentalność tamtejszych mieszkańców, a są to i Brytyjczycy, i Irlandczycy, którzy określają siebie jako rdzennych mieszkańców wyspy, a także spora grupa Polaków. Choć jest nas tam mniej niż w Anglii, to zdecydowanie dajemy się zauważyć. Są polskie sklepy i sobotnie polskie szkoły.

– Przyjrzyjmy się sytuacji politycznej. Wprawdzie w 1998 roku rządy Wielkiej Brytanii i Irlandii podpisały tzw. Porozumienie Wielkopiątkowe, zmierzające do rozwiązania konfliktu w Irlandii Północnej, to trudno chyba mówić o całkowitej stabilizacji we wzajemnych relacjach. Nie mieliście obaw, osiedlając się w tym kraju?

– Oczywiście, jakieś obawy się pojawiły. Choć wspomniane porozumienie pokojowe teoretycznie ucina sprawę trwającego od wieków konfliktu, rzeczywistość wygląda trochę inaczej. Mimo że sytuacja na ulicach nie przypomina tej z lat osiemdziesiątych czy dziewięćdziesiątych, kiedy wzmianki o kolejnych atakach IRA (Irlandzka Armia Republikańska) były na porządku dziennym, to czasem zdarzają się samochody-pułapki czy egzekucje pomiędzy dawnymi członkami IRA. Tak więc wszyscy Polacy, którzy osiedlili się w Irlandii Północnej w jakiś sposób zetknęli się z sytuacją zagrożenia. My również mieliśmy przykre doświadczenia. Zmieniliśmy akurat miejsce zamieszkania. Tydzień po naszej przeprowadzce wybuchła bomba, tuż przy kamienicy, z której dopiero co się wyprowadziliśmy. Odgłos eksplozji przetoczył się po całym mieście. Obudził nas w środku nocy, kiedy spaliśmy już w nowym mieszkaniu. Rano okazało się, że była to zastawiona na policję bomba-pułapka. Trochę zmąciło to nasz spokój. Choć muszę przyznać, że bardziej przeraziła mnie wiadomość o bombie podłożonej w recepcji jednego z hoteli, w którym pracowali również Polacy. Z czasem można się jakoś oswoić z takimi wydarzeniami. Brytyjczycy i Irlandczycy, zwłaszcza pod koniec ubiegłego wieku, wręcz przywykli do sytuacji stałego zagrożenia. Dziś uważają, że nic się nie dzieje.

– Jak żyją ze sobą na co dzień Irlandczycy i Brytyjczycy, którzy są z dala od polityki?

– Brytyjczycy mają specyficzne podejście do życia. Dla nich najważniejszy jest uśmiech. Towarzyszące tej skomplikowanej sytuacji emocje są przez nich głęboko skrywane.

– Myślę bardziej o relacji takiego „angielskiego Kowalskiego” i „irlandzkiego Kowalskiego”. Czy oni mogą, potrafią razem pracować, przyjaźnić się?

– Mogą, ale do czasu, aż któryś z nich za dużo nie wypije. Wtedy może dojść do bójek, a nawet zamieszek. Opisuję taką sytuację w książce. Kiedy pierwszy raz przyjechaliśmy do Irlandii Północnej, akurat trafiliśmy na zamieszki. Co ciekawe, wywołały je nastolatki bawiące się koktajlem Mołotowa. Irlandczycy nazywają go bombą paliwową domowej roboty. Jedna z nich wylądowała na ulicy tuż przed naszym samochodem.

– A jak wyglądają relacje polsko-irlandzkie. Są lepsze niż irlandzko-angielskie?

– Zdecydowanie lepsze. Łączy nas religia, podobna historia, a nawet poczucie humoru. Mamy podobne temperamenty, jesteśmy też tak samo spontaniczni i żywiołowi. W Irlandii Północnej panuje pewien swojski klimat, który nam, Polakom, bardziej odpowiada. I szczerze mówiąc lepiej czujemy się tu niż na przykład w Anglii. A fakt, że jesteśmy z zewnątrz, to dodatkowy atut. Nie uczestniczymy w tym niekończącym się sporze. Co więcej, nam można opowiedzieć o tym, co boli i siedzi w środku. Irlandczycy wracają do swojej historii i dzielą się nią z Polakami. Jeden z moich pracodawców opowiedział mi o tym, jak stracił dwóch braci podczas The Troubles, bo tak nazywany jest ten konflikt.

– Trafił Pan na ciekawy czas we współczesnej historii Wysp Brytyjskich. Jest Pan świadkiem Brexitu – procesu opuszczania przez Wielką Brytanię struktur Unii Europejskiej, zapoczątkowanego przez przeprowadzone w czerwcu 2016 roku referendum. Czy mieszkańcy Zjednoczonego Królestwa są świadomi, co naprawdę się wydarzy?

– Większość, zarówno Anglików, Irlandczyków, jak i mieszkających na Wyspach Polaków, nie wyłączając mnie, była przekonana, że Wielka Brytania ostatecznie nie opuści Strefy Euro. Następnego dnia po referendum ogromna część mieszkańców Korony przeżyła szok, szczególnie Brytyjczycy. Do nich powoli zaczynają dochodzić konsekwencje tego działania. Brexit ma wejść w życie bodajże w marcu przyszłego roku, większość obywateli nie ma pojęcia, jak będzie wyglądało to w praktyce. I choć być może po cichu myślą sobie: co my najlepszego zrobiliśmy, odnoszę wrażenie, że w przypadku powtórnego referendum zagłosowaliby tak samo. To konserwatywny naród, który rzadko wycofuje się z raz podjętej decyzji.

– Czy Brexit dotknie Pana w jakiś sposób? Czy w świetle obowiązujących zapisów prawnych powinniście opuścić Wyspy?

– W Wielkiej Brytanii panuje większy luz i nikt specjalnie nie obawia się przyszłości. Mieszkamy na Wyspach już pięć lat i możemy starać się o potwierdzenie stałej rezydentury, która po takim czasie przysługuje automatycznie. Jest nam tu dobrze, sprawdziliśmy się, ale nie wykluczamy dalszej podróży. Na początku, jeszcze przed wyjazdem na stałe, myśleliśmy, że Wielka Brytania będzie naszym drugim, a może nawet pierwszym domem. Teraz już się do tej myśli nie przyzwyczajamy. Zobaczymy, co przyniesie życie.

Wywiad ukazał się w dwutygodniku „Pielgrzym” nr 19/2018

do góry
Sklep jest w trybie podglądu
Pokaż pełną wersję strony
Sklep internetowy od home.pl